Mariusz Reweda kolejny raz zabiera nas w magiczna podróż w świat, który istnieje nie tak daleko od nas. Tym razem jak na wyciagnięcie reki - Tadżykistan ze wszystkimi jego blaskami i cieniami. Bo podróż nie składa sie tylko z zachwytów ale takze dnia codziennego, smaku chwili, potu, kurzu na szutrowej drodze... Przedstawiamy relację z podrózy w  2016r. od momentu powrotu z Afganistanu do Tadżykistanu.

 

 

      Przyzwyczailiśmy się do suchego, pozbawionego roślinności krajobrazu Pamiru. Od tygodnia otaczają nas suche piarżyska i nagie skały, z których wiatr unosi kurz. Dziś wieje silnie, w powietrzu unosi się szary pył i wciska wszędzie. Oczy łzawią od kilku godzin, krople niewiele pomagają, lepsze byłyby szczelne gogle. Włosy są sztywne, jak postawione na cukier. Ale mój nos już się powoli przyzwyczaja do suchego klimatu. Dziś po raz pierwszy nie krwawił. Ciągle jest oklejony kurzem i niedrożny. Łapię powietrze ustami i czuję smak piasku na języku i w gardle. Ale człowiek szybko się przystosowuje do otoczenia. Ja nawet już nie pamiętam, kiedy wąchałem wilgotne powietrze, nie brakuje mi tego. Zapominam o tym jak jest normalnie, przystosowałem się do nowej normy. Zwykle po pierwszym tygodniu w syberyjskiej tajdze, przestaję zauważać uciążliwości związane z owadami, teraz przestałem zauważać wciskającą się wszędzie suchość, brak zapachów, monochromatyczny krajobraz pozbawiony barw innych niż piaskowe, a przede wszystkim brak zieleni. Nie tęsknię za normalnością, to chyba jest moja największa zaleta podróżnicza, łatwo się przystosowuję do nowego otoczenia i nie tęsknię za znaną mi codziennością, za smakami polskich potraw, za telewizją, za normalną łazienką, za znajomymi, za równymi drogami, zrozumiałymi napisami, łatwością dogadania się, bezpieczeństwem bycia pośród ludzi z tej samej kultury co ja, za obyczajami w jakich wyrosłem. Za to zbyt mocno i daleko wybiegam myślą w przód, wzrokiem za następny zakręt drogi. Tęsknię do następnej podróży, myślę gdzie pojadę za rok. 

 

tadzykistan reweda 04

dolina Bartang

      Rano Ewa i Janusz pojechali z powrotem do Khorog, tam będą czekać na paczkę z Polski, z częściami do Iveco. A my ruszyliśmy dalej, w górę doliny Panj. Za wioską Zumudg skoczył się całkiem dobry, jak na pamirskie warunki. Jechaliśmy nim od Ishkashim. Dalej była szutrówka i bardzo duża tarka. Musiałem jechać wolniej niż w dolinie Bartang, mimo że droga była szeroka i pozbawiona dziur. Dolina Panj nie robiła na nas takiego wrażenia jak Bartang, na pewno nie była ładniejsza, była zupełnie inna, bardziej monumentalna, poważna, majestatyczna, o wiele szersza, pozbawiona finezyjnych kształtów skał, otulona z obu stron potężnymi osuwiskami piargów, rozpuszczonych przez spływającą, wiosenną wodę szarych zlepieńców. Niektóre wyglądały jak gliniane, na wpół rozmyte mury ruin dawnych twierdz. Czasami z tych żwirowisk wyrastały ośnieżone szczyty, czasami ciemne skały. Skala wielkości wymykała się naszej ocenie. Nikła zieleń, wokół afgańskich wiosek, po drugiej stronie rzeki, nadawała nieco perspektywy, ale wielkie topole wydawały się trawiastą łąką, a domy niewielkimi, szarymi kamieniami. Trzeba było użyć stanowczej uważności, aby złapać skalę wielkości tej doliny. 

 

 tadzykistan reweda 02

  łącznik jeziora Kara i doliny Bartang

      Parę kilometrów za wioską Ptup, skręciliśmy stromo pod górę, do ruin fortu Yamchun. Z wysokości ponad 500 metrów powyżej rzeki Panj, mogliśmy podziwiać jej rozlewiska. Rzeka podzieliła się na dziesiątki niewielkich strumieni, drążących żwirowe dno doliny. Dostatek wody, już nie tak szybko pędzącej, ale leniwie przelewającej się pomiędzy kamieniami, sprawił że rozlewiska się zazieleniły, chociaż w niewielkim stopniu. Taki szarozielony kobierzec na parę kilometrów szeroki, flankowały ciemnobrunatne szczyty ośnieżonych siedmiotysięczników w Hindukuszu i sześciotysięczników, ze szczytem Karol Marks w Pamirze. Dwunastowieczna forteca nie robiła wrażenia swoim istnieniem, ale położeniem, na skraju skalnego występu, wcinającego się w rozlewiska. Od pradawnych czasów stawiano tu warownie, wykopaliska poświadczyły pierwsze osady z I wieku p.n.e. Ostatnia twierdza powstała tutaj za czasów najazdów mongolskich. Mury układano z brunatnych, płaskich kamieni, łupanych z okolicznych skał. Rzadko stosowano jakąkolwiek zaprawę. Tak samo buduje się do dziś zwykłe domy, po obu stronach rzeki Panj.

 

tadzykistan reweda 05

 

     Droga omijała twierdzę i biegła dalej, do ciepłych, leczniczych źródeł Bibi Fatima. Zbudowano tutaj pływalnię, głównie dla kobiet, które przyjeżdżają tutaj by dokonać ablucji. Jak legenda podpowiada, kąpiel w wodach źródła Bibi, daje pewność potomstwa. Iwona opowiadała, że spośród kilkunastu kobiet zażywających kąpieli w ładnym basenie, tylko turystki z Zachodu nie chciały wchodzić do specjalnej niszy, gdzie zanurzenie po szyję w wodzie, daje ziszczenie kobiecych marzeń. Nie tylko marzeniami różnią się tutejsze kobiety od zachodnich. 

      Pojechaliśmy dalej. Miejscami czuliśmy się jak na piaskowej pustyni. Zmielony przez wiatr na pył żwir z osypisk, zasypywał miejscami drogę i krzaki przy brzegu rzeki. Brodziliśmy kołami Toyoty w wydmach, a ponad nami rosły śnieżne szpice. Zbyt późno przed największą wioską doliny - Langur, zaczęliśmy szukać miejsca na nocleg. Tereny rolnicze nie dawały nadziei na znalezienie spokojnego zacisza. Od rana odmachiwałem ręką na pozdrowienie, głównie dzieciarni, chyba setki razy. Kręci się tutaj wiele turystów. Dziś spotkaliśmy motocyklistów z Niemiec i grupę motocykli wynajętych w Kirgizji, a także kilka samochodów wiozących turystów po Pamir highway. Nie było rowerzystów, ale każdy tutaj doskonale zna zjawisko pod tytułem turysta na szlaku. Ludzie pracujący na małych zagonach zboża, prostują się, jakby wiedzeni szóstym zmysłem, wiedzą że to nadjeżdża samochód, albo motocykl z zachodnim turystą i machają ręką z daleka. Każdy wałęsający się bez celu we wiosce, a wiosek dziś mieliśmy po drodze kilkadziesiąt, wlepia w nas oczy tak intensywnie, że aż przewierca nas na wskroś, jak głodny krwisty stek. Ale nie ma w tym złości, ludzie uśmiechają się do nas, łatwo nawiązują kontakt. 

 

tadzykistan reweda 07

 

      Iwona zwiedziła we wiosce Yamg założone przez wesołego pasjonata muzeum poświęcone dziewiętnastowiecznemu myślicielowi Mubarakowi Qadam, który zbudował obserwatorium astronomiczne, stworzył kalendarz solarny wykorzystywany przez lokalnych rolników, zajmował się także medycyną, podając chorym sproszkowane minerały, napisał ponad 60 tysięcy wierszy, zapisanych na papierze który sam produkował, atramentami jakie sam mieszał, opatrzone kolorowymi rysunkami, budował lutnie, w tym 19-sto strunowe, studiował mistyczną odmianę Islamu - sufizm, miał swoich uczniów. Takie muzea żyją pasją swoich twórców, którzy poświęcą każdy czas, aby opowiadać, pokazywać i przekazywać wiedzę o lokalnej kulturze. W muzeum można było także zobaczyć i posłuchać lokalnych instrumentów ludowych, dowiedzieć się nieco o zwyczajach i kulturze. Aby tam trafić, trzeba było pytać o drogę, ale nikt nie odmówi wskazania kierunku, a nawet chętnie zaprowadzi. 

      Szukaliśmy wreszcie noclegu w wiosce Langur. Nie udało się na dziko, więc odwiedzaliśmy kolejne homestaye, reklamowane znakami przy drodze i pytaliśmy czy możemy zanocować jak na kempingu. Ceny oczywiście były wysokie, jak w Szwajcarii, ale w końcu trafiliśmy za Langur do przyjaznego hoteliku, gdzie kemping dla Toyoty i dla nas kosztował 10zł. To odpowiednia cena do warunków i jakości tutejszych usług. 

 

tadzykistan reweda 03

dolina Panj i granica z Afganistanem

      Wieczorem poszedłem na spacer do końca szerokiej, zielonej od krzaków doliny rzeki Panj. Budują tutaj przejście graniczne do Afganistanu, będzie bliżej do doliny rzeki Wahan. Most stał tutaj od czasów inwazji ZSRR na Afganistan, a teraz będzie spełniał pokojową funkcję. Może też ułatwi migrację towarów, głównie heroiny. Tutejsi ludzie mają inne twarze niż z terenów Khorog i Ishkashim. Rysy mają bardziej tureckie, zdecydowane, twarde. Posturę wyższą i bardziej masywną. Częściej noszą nakrycia głowy. Używają tego samego języka - pamiri. 

      Nocleg następnego dnia znaleźliśmy kilometr wyżej, co poskutkowało lekkimi objawami choroby wysokościowej. Od dwóch tygodni pijemy codziennie pół litra, albo więcej herbaty yerba mate, co na pewno polepsza aklimatyzację na wysokości. Ale dodatkowo bardzo powoli się wznosimy, chociaż ten skok 1000 metrów wyżej był znaczny. To nie mój rekord. W 2008 w jeden dzień wjechałem motocyklem z 1680m n.p.m. na 4250m n.p.m., kompletnie bez wcześniejszej aklimatyzacji, no i łeb chciało mi rozsadzić, a o spaniu nie było mowy. Czego człowiek za młodu nie robi z głupoty. 

 

tadzykistan reweda 16

Petroglify sprzed 2500 lat niedaleko starożytnej kopalni srebra Bazardara

      Dzisiejsza trasa miała ledwie sto kilometrów. Rano postanowiliśmy wspiąć się do petroglifów, ponad wioskę Langur. Z centrum wioski idzie się ponad 200 metrów pionowo w górę, piaskowo-szutrową ścieżyną, długości jakieś 900 metrów. Ale Langur leży na wysokości 2800m n.p.m., więc można się zasapać. Po drodze nie ma cienia, dlatego chcieliśmy tam pójść rankiem, kiedy słońce jeszcze nie pali jak palnik acetylenowy. Archiwiści naliczyli tutaj 5878 petroglifów, zlokalizowanych na wielkiej, nagiej skale i w jej pobliżu. Kiedyś przez Langur przechodziła główna odnoga jedwabnego szlaku, łącząca centralną Azję z Indiami i królestwem Ujgurów. Petroglify wystukiwali na skałach głównie karawaniarze, było to coś w rodzaju gazetki ściennej, do chwalenia się i do zostawiania informacji dla przyjaciół. Pierwsze petroglify powstawały tutaj w II wieku p.n.e., a ostatnie w średniowieczu. Chociaż to nie do końca prawda. Nowe petroglify w stylu "Muhammad kocha Bibi" powstają na okrągło i nadpisują antyczne pismo obrazkowe opowiadające historyjki typu "Abdullah ustrzelił wczoraj dwa wielkie ibeksy". Jedne dzikusy zamazują historię drugich dzikusów. Co za perwersja! 

      Wyjechaliśmy z Langur po dziesiątej. Iwona obdarowała jakieś usmarkane dziewczynki muszlami z Portugalii i zostawiliśmy firmową naklejkę. Droga znacznie się polepszyła. To znaczy była o połowę węższa, ale znikła tarka. Co prawda pojawiła się ponownie na 20 kilometrów przed wojskowym posterunkiem Khargush, ale i tak jechało się dobrze. Zupełnie się nie spieszyliśmy. Naszym zamiarem było znaleźć nocleg przed Khargush, na wysokości nie wyżej niż 3500m n.p.m., ale zaraz po wyjeździe z Langur wspięliśmy się na 3600m n.p.m. i jechaliśmy tak dwie godziny, aż z powrotem zjechaliśmy do rzeki, teraz już o nazwie Pamiri - antyczny Oksus, na wysokość 3500m n.p.m. Po drodze szeroka dolina Pamiri nie obfitowała w piękne widoki, raczej można było się czuć jak na hałdzie kopalnianej. Ale było kilka miejsc, gdzie trafiły się nam na prawdę piękne panoramy ośnieżonego Hindukuszu, albo uroczego wodospadu, bielącego się na tle brudnej szarości piargów, czy zielonych rozlewisk Pamiri. Zaraz za Langur mogliśmy podziwiać z góry nędzne ruiny fortu Ratum, oraz zielone pola tarasowe, rolników z Langur. Codziennie rano, w okresie letnim, biegnie tam kilkunastu poganiaczy osiołków, by po południu wrócić z zielonym, chodzącym na czterech nogach, stogiem jakiegoś listowia. Każdy ma swoje poletko i wycina... coś. 

      Po drugiej, afgańskiej stronie dudniącego wodą na skałach, kanionu Pamiri, przez cały czas, równolegle do naszej marszruty, biegła nędzna szutrówka. Wykorzystywana głównie przez karawany mułów i koni, a czasami baktrianów. Droga nie nadawała się na przejazd samochodem, a tym bardziej ciężarówką, była w wielu miejscach zniszczona osypującym się żwirem. Ale mimo to, kilkadziesiąt kilometrów w górę rzeki, spostrzegliśmy nowiutki most betonowy, z niebieskimi balustradkami i fachowo zaprojektowanymi przyczółkami. Taki most w pustce, na ścieżce wykorzystywanej przez wielbłądy, na rzece wcale nie największej, można ją było swobodnie przejść w bród, wcześniej widzieliśmy większe rzeki na tej drodze, bez mostów. Kto, po co i za co zbudował ten most, pozostało dla nas tajemnicą. 

      Na kilkanaście kilometrów przed Khargush wjechaliśmy w rozlewiska Pamiri posypane jakby cukrem pudrem. To jakiś sproszkowany minerał, jakby kreda, na pewno nie sól, bo sprawdzaliśmy. Nawiewał go wiatr, na zielone trawy, wzdłuż rzeki. Od razu przyszła nam do głowy myśl, że to za sprawą wybuchu butli z gazem LPG w jakimś ZILe, przewożącym dwie tony heroiny, z Afganistanu do Tadżykistanu. Ale pewności nie mieliśmy. Na końcu doliny Panj, tam gdzie rzeki Pamiri i Wahan łączą się tworząc rzekę Panj, zbudowano w okresie radzieckiej wojny w Afganistanie, stalowy most. Nikt go od tamtych czasów nie używał, no może tylko awizowani przemytnicy opium. Dziś przed mostem jest budowane przejście graniczne. To odgrzany pomysł prezydenta Tadżykistanu, aby zbudować drogę dla TIRów z Tadżykistanu, przez dolinę rzeki Wahan do Pakistanu. Pomysł mi się podoba jak diabli, powstanie droga z Pamiru do Karakorum. Trwają także pertraktacje z Chinami, aby przy okazji zbudować także przejście z afgańskiego kanału wahańskiego do Chin. Ale Chiny mają problem z partyzantką Ujgurską, muzułmanami uciśnionymi przez kolonializm chiński tak jak Tybetańczycy. Rząd z Pekinu obawia się przepływu myśli fundamentalnej z Afganistanu do kraju Ujgurów, przez nową drogę i przejście graniczne. Teraz oba te kraje dzielą dziesiątki kilometrów niedostępnej wyżyny Hindukuszu i przełęcze prawie 5000m n.p.m. Z drugiej strony przejście afgańsko-chińskie mogłoby usprawnić transport narkotyków, zamiast przez Tadżykistan, czasami także Kirgizję, byłoby bliżej, a to niezły biznes dla Talibów i Chińczyków. W ten sposób kanał wahański stracił by także status ślepej kiszki, nieinwigilowanej przez frakcje fundamentalne, ani biznes transportowy, a droga z Khorog do Langur status bocznej, małouczęszczanej przez ciężarówki. 

 

tadzykistan reweda 18

Chińskie ciężarówki kolonizują świat Azji komercyjnie

      Ten dzień obfitował także w spotkania z rowerzystami. Wczoraj nie widzieliśmy ani jednego, za to były grupy motocyklistów. Dziś rowerzyści, zamiast motocyklistów. Nie wiadomo co steruje tą niejednorodnością, plamy na Słońcu czy co. Spotkaliśmy także Niemców w bushtaxi z ogromną zabudową kempingową. Weseli emeryci, dziadek miał wielką, białą brodę. Na pewno w każde święta ma kupę zleceń na rolę św. Mikołaja. Wymieniliśmy informacje o trasie i atrakcjach do zwiedzenia, po czym życzyliśmy sobie szerokiej drogi. Szkoda, że nie spotkaliśmy ich na noclegu, byłoby ciekawie przegadać cały wieczór, zadzierzgnąć silniejszą przyjaźń. Chwilę później wjechaliśmy na kilkudziesięciometrowy odcinek brukowanej kocimi łbami drogi. Od razu skojarzyliśmy go z Niemcami i bocznymi drogami w Lubuskim. 

      Po drodze mijaliśmy pojedyncze, zamieszkane gospodarstwa hodowlane, takie ciemnobrunatne placki krowich i kozich gówien, z których też ulepiono proste domki, albo raczej lepianki. Po afgańskiej stronie wypasano kozy i wielbłądy. 

      Kiedy dojechaliśmy do posterunku wojskowego w Khargush, wjechaliśmy już na 3900m n.p.m. Nie mieliśmy innego wyjścia jak jechać na przełęcz Khargush 4346m n.p.m. Przed przełęczą zobaczyliśmy dwa jeziora Khareula i Karbogyz, ale nie można ich nazwać uroczymi, w ogóle krajobraz aż do głównej M41 (Pamir highway), pozostał niezmiennie nudny, nawet w okolicy słonego jeziora Yashli. W końcu zjechaliśmy na 3890m n.p.m. i już widzieliśmy asfalt głównej drogi, więc niżej już się nie da zjechać, trzeba było na gwałt szukać jakiegoś równego miejsca na nocleg. Tym samym wjechaliśmy na pamirski płaskowyż, na którym spędzimy tydzień, albo i więcej. Niżej zjedziemy dopiero w Kirgizji, spod bazy alpinistów, pod Pikiem Lenina. Pamirski płaskowyż jest drugim co do wysokości zamieszkanym na stałe takim miejscem na ziemi, po płaskowyżu tybetańskim. Przełęcze ponad 4600m n.p.m. to tylko niewielkie wzniesienia na naszej trasie. 

      Kiedy wyszliśmy z samochodu następnego ranka, zanim pobiegliśmy w krzaki do toalety, pejzaż gór nas na chwilę zatrzymał... Jako żywo Mongolia, tyle że 3 kilometry wyżej nad poziomem morza. Tutaj wiele zależy od pogody, nie tylko w życiu mieszkańców, ale w zachwycie turystów. Dzisiaj, znad centralnego Pamiru, wiatr przywiał piękne białe obłoki, które zawiesiły się na niebieskim bezkresie nieba, rzucając ciemne plamy na płaskowyż prześwietlony słońcem jak stare zdjęcia z kliszy Orwo. Kiedy obłok zawisł akurat nad jakimś szczytem, nadał mu dramatycznego, nawet groźnego wyglądu, na tym monochromatycznym, szaro-żółtym tle. W dole, na końcu doliny, w której nocowaliśmy, za asfaltem głównej M41, niebieściło się jezioro Toz, otoczone nikłym woalem soli, albo sproszkowanej kredy. Ale raczej soli, bo nie było widać wokół żadnej zieleni. Z przeciwnego kierunku, od strony przełęczy, wiatr nawiewał piaskową nawałnicę. Podnosił piasek i czuć było w powietrzu zapach kurzu. Śnieżne szczyty znikły za smugami szarej burzy. Ujście doliny było szerokie na kilka kilometrów, ogrom pustej przestrzeni onieśmielał. Naturą człowieka jest dołączać do jakiegoś akcentu krajobrazu, pagórka, skały, brzegu rzeki, jeziora, samotnego drzewa, a tutaj mogliśmy zatrzymać się tylko na zupełnym pustkowiu, jak mrówka na środku sceny Teatru Wielkiego. Wprawdzie publiczności nie ma, ale świadomość bycia akcentem krajobrazu, przyciągającym wzrok przyjeżdżających mimo, mąciła spokój ducha. Następny nocleg był bardzo podobny, ale już powoli wskakiwałem do szufladki z napisem 'podróż po Mongolii', gdzie pustka jest tak naturalna jak u nas drzewa czy domy. Tą pustkę w Mongolii najbardziej lubię, dla niej tam jeżdżę, chociaż mieszkać bym tam nie chciał. Pustka z początku onieśmiela, wprowadza poruszenie gdzieś w przestrzeni zarezerwowanej na poczucie bezpieczeństwa. Ale w końcu pustka zwycięża swoim ogromem i codziennością. Wtedy przychodzi impuls do autorefleksji, z czasem staje się nie do odparcia, popada się w zadumę w sposób tak naturalny, jak w sen, późnym wieczorem. Idąc dalej można sięgać do z rzadka odwiedzanych szufladek naszego Ja. Dlatego najlepiej być w takich miejscach samemu, albo z kimś kto przynajmniej nie przeszkadza. A jeśli bronimy się przed refleksją, jak pies przed cotygodniową kąpielą, to lepiej jechać do Mongolii, czy w taki Pamir, w dużej, hałaśliwej, zabawnej grupie kolegów. 

      Dziś nie potrafiliśmy uwolnić się od natrętnych skojarzeń z Mongolią. Pojechaliśmy nad jezioro Yashli. Po drodze zahaczyliśmy o wioskę Bulunkul, w której był sklep, czyli brudna szopa z napisanym sprayem nad powałą słowem "shop". Wioska nie wyglądała na biedną. Najlepszym świadectwem są zawsze dzieciaki. Zwykle w takich wioskach jest ich więcej niż pcheł na kocie dachowcu. W Bulunkul dzieciarnia miała porządne buty i kolorowe, nowe wdzianka, których zupełnie nie szanowała. Gdybym ja tak babrał się w błocie za młodu w odświętnym ubraniu... to by dopiero było. Jednak wioska wyglądała jak na skraju upadku, jak zwykle prezentują się osady Kazachów, albo Kirgizów. Wiatr przewiewał tumany kurzu między ulepionymi z gliny, byle jak bielonymi barakami. Pod każdym stał jakiś wrak samochodu, koniecznie bez jednego, lub dwóch kół. Ale turyści tutaj to codzienność w lecie, więc nie interesowano się nami zbyt nachalnie. 

      Pojechaliśmy dalej do ciepłych źródeł nad jeziorem Yashli. Spotkaliśmy tam francuskich emerytów, którzy właśnie wrócili z tygodniowego trekingu po centralnym Pamirze. Kierowca samochodu jakiego wynajęli w Kirgizji, korzystał z okazji ciepłej wody i mył wóz. Przewodnik z kucharzem rozbijali obóz i brali się do przygotowywania obiadu. Ucięliśmy sobie miłą pogawędkę z Francuzami. Ciepłe źródła mają zaimprowizowaną łazienkę, korzystają z niej tacy co pod namiotami sypiają. 

      Chwilę później napatoczył się jakiś strażnik pamirskiego parku narodowego i wypisał nam bilet wstępu. Wydębiliśmy aby zapłacić jedynie za dwoje ludzi, a samochód potraktować jak niewidzialny. Z samochodem wyszłoby 24zł za dzień. My zatrzymywaliśmy się nad jeziorem ledwie na pół godziny. Tym niemniej strażnik pamirski wypisał nam na oryginalnie drukowanym kartoniku bilet wstępu. Już mamy pomysł jak go przerobić, aby opiewał na nasz cały pobyt w Pamirze. Polak kombinator, nawet Tadżkokirgiza wywiedzie w pole, tym bardziej, że nikt się tego po białasie na wakacjach nie spodziewa. Dzisiaj naszły takie czasy, że kradziejstwo muzyki, czy filmów z internetu jest powszechne ale wstydliwe, łamanie przepisów drogowych stało się lękliwie naganne, kombinowanie po polsku stało się obrzydliwym miganiem się od odpowiedzialności społecznej. Polacy zapomnieli jak kiedyś kombinowali 'aby jakoś na swoje wyjść'. Ja na szczęście jestem urodzonym antyspołecznikiem i nie mam wyrzutów sumienia z powodu kombinowania, zarówno na niekorzyść państwa, czy społeczeństwa. 

      Jeszcze przed zjazdem na nocleg zajechaliśmy do wioski Aliczur, na szlaku Pamir highway. Znowu skojarzenia z Mongolią, z tą zachodnią, gdzie mieszka sporo Kazachów i gnieżdżą się właśnie w takich zaniedbanych dziurach. Tak jak tutaj, w Pamirze, mają też koślawe meczety. Zaskoczyło nas jednak, że z dzieciarnią można było porozmawiać po rosyjsku i to całkiem płynnie. Są tu homestaye, w których zwykle przetrzymują zimne noce rowerzyści i motocykliści. Jest też sklep, ale więcej w nim chińskiej tandety do wciągnięcia na grzbiet, niż produktów żywnościowych. W dolinie Panj bezskutecznie szukaliśmy świeżych warzyw, które są naszym głównym składnikiem diety, a znajdywaliśmy jedynie cebulę na skrzynie i arbuzy na tony. W Aliczur była już tylko cebula. Za to w takiej Mongolii, warzywa są dostępne w każdej wiosce. Dostaliśmy od pani sklepowej dwa chleby z domowego wypieku, może nie są tak szkodliwe, jak te sklepowe. Chleba się tu nie sprzedaje, a jeśli przyniesie się z domu, to daje się go za dobre słowo. Każde gospodarstwo, czy to w takiej większej wiosce jak Aliczur, czy takie pojedyncze, wtulone gdzieś w bezimienną kotlinę, kilkadziesiąt kilometrów od drogi, jest samowystarczalne, więc po co handlować w sklepie towarem, jaki każdy sobie sam wytworzy w lepiance. 

      W sklepiku, w Aliczur, kupiliśmy jeszcze guścionkę, czyli słodzone, skondensowane mleko w puszcze. Jakie to rosyjskie! Na obiadokolację będzie ryż z guścionką. Gdyby była tu Ewa, to by wykrzyknęła z satysfakcją - a widzisz! po to ciągniemy z Polski słoiki z bigosem i karkówką, aby było co jeść. My mamy z Polski ryż nieoczyszony, tutaj taki nawet krowie by nie dali. Kojarzy się jak rzepa... z biedą. 

      Pamir należy do bardzo suchych terenów, średnia opadów jest na poziomie Sahary. Chmury przetaczają się nad górami, ale niosą deszcz za granicę. Nam dziś w nocy deszcz się jednak przytrafił, ale niewielki, w sam raz aby rano nie kurzyło się na drodze. Od kilku dni mamy takie szczęście, że ciągle wiatr zawiewa nam od tyłu pył spod naszych kół. 

 

tadzykistan reweda 13

W kierunku Pamir Highway

      Dziś zjechaliśmy z głównej Pamir highway, na nieoznaczoną drogę, w stronę centrum płaskowyżu. Droga miała nas zaprowadzić do ruin XI-sto wiecznego miasteczka Bazar Dara, 40 kilometrów od głównej drogi. Była dobrze wyjeżdżona kołami ciężarówek. Ale nie pozwalała na prędkość większą niż 12-14km/h. W opisie tej drogi, z internetowych publikacji archeologicznych, wyraźnie stało, że droga jest w miarę dobra do przełęczy Bazar Dara 4664m n.p.m., a potem robi się trudna. Tymczasem wyglądało na to, że drogę naprawiono dużym kosztem, a potem ją zniszczono ciężarówkami. Na pewno prowadziła do jakiejś kopalni, chociaż przez cały dzień spotkaliśmy jedynie dwa samochody. 

      Szybko wspięliśmy się na przełęcz, to ledwie 600 metrów w pionie. Droga wcinała się pomiędzy brunatne, poszarpane skały, groźnie najeżone, dramatycznie pochylone nad nami i mrocznie spoglądające jakby strzegły krainy za przełęczą. Spływające ze szczytów jęzory wiecznego śniegu i zaspy świeżego przy drodze, dodawały jeszcze surowości temu miejscu. Jakby to była boczna brama do Mordoru. 

      Za przełęczą wszystko się zmieniło. Droga łagodnie opadała w zieloną dolinę rzeki o tej samej nazwie co przełęcz. Soczysta zieleń od wieków przyciąga tutaj pasterzy z jakami i kozami. Po środku doliny stoją jurty Kirgizów, a nieco dalej z gówna ulepione i gównem otoczone, jak plama na obrusie, zagrody dla bydła. Łagodne stoki obu stron doliny osypywały się piargami i rumowiskami szarych skał, aż do drogi i zielonej wyściółki. Mozoliliśmy się po tej wyboistej drodze parę godzin, zanim dojechaliśmy do zbiegu dwóch strumieni Bazar-Dara i Bazar-Aryk. Tutaj, północną flankę doliny, w którą teraz skręciliśmy, zamykały bardzo strome, brunatne, miejscami bazaltowo czarne, skały, jak krenelaż potężnego muru. Dołem szumiała krystaliczna Bazar-Dara. W górę jej biegu pojechaliśmy jeszcze godzinę. 

      Najpierw zwiedziliśmy ruiny Bazar Dara. Miasteczko liczyło sobie około 1700 mieszkańców, a założono je na potrzeby odkrywkowej kopalni srebra. Jeśli większość zabytków greckich to surowe, porozrzucane kamienie w trawie, nie mające wiele wspólnego z pięknem antycznych budowli, to ruiny Bazar Dara, to luźno poukładane kamienie w kształt fundamentów dawnych domostw i... tyle. Na studiach nauczono mnie wyobrażać sobie jak wyglądały greckie budynki, ale to tutaj nie pobudza mojej wyobraźni ani trochę. Może Bazar Dara, tysiąc lat temu, wyglądało interesująco. Miasto z bazaltowych kamieni, w dramatycznej scenerii groźnie wyglądających szczytów. 

      Nie zatrzymaliśmy się tutaj na długo. Wyruszyliśmy na krótki treking, w poszukiwaniu resztek kopalni srebra. Po drodze trafiliśmy kilka petroglifów na wystającej z rumowiska czarnej skale bazaltowej. Poszliśmy w górę ponad 130 metrów, po czymś co tysiąc lat temu było drogą dla górników. Trzeba było jej wypatrywać pomiędzy lichymi, kolczastymi krzakami, pięknymi, kolorowymi, maleńkimi kwiatami i głazami bazaltu. Kopalni oczywiście nie znaleźliśmy, ale kości rozprostowaliśmy, dysząc jak dziurawy parowóz. Musieliśmy wdrapać się na 4100m n.p.m. 

      Potem pojechaliśmy jeszcze cztery kilometry dalej, do kolejnej czarnej skały wystającej spośród piargów jak wrzód ropny na pięknej pupie. Na tej skale odnaleźliśmy spodziewane petroglify z IV wieku p.n.e. Większość z nich była wykonana w innej technice i zupełnie innym postrzeganiu kształtu, aniżeli poprzednie jakie widzieliśmy w Górnym Badakszanie (płaskowyż pamirski). Na przykład rydwan zaprzężony w dwa konie, wyglądał jakby go z góry słoń rozdeptał, a potem ktoś kredą, jak trupa na podłodze miejsca zbrodni, obrysował dookoła. Były też jakby elipsy na rozkraczonych nogach, mające udawać jelenie. Ale mi to się widzi na dorabianie teorii do brakującej informacji. Elipsy jak nic podobne były do spodków kosmicznych, a rozdeptane rydwany do spisu zawartości jaka wyskoczyła z UFO. 

      Nieco dalej, przez lornetkę, wypatrzyłem koniec naszej drogi w małej kopalni odkrywkowej. Czyżby geolodzy-poszukiwacze natrafili na nową żyłę srebra w dolinie Bazar-Dara? Wróciliśmy nieco do jedynego miejsca jakie było zdatne na rozbicie obozu. Stara droga zataczała niewielki łuk do brodu na rzece Bazar-Aryk, a nowa przechodziła groblą ułożoną na kamieniach. Woda przesączała się pomiędzy nimi, bez potrzeby użycia rur, które by trzeba tu było taskać aż z Khorog. Śnieg tutaj pada rzadko, deszcze też. Źródeł jest niewiele, więc woda rzadko przybiera więcej niż kilkanaście centymetrów. Jeśli już to drogi są rozmywane przez okazjonalne, wiosenne strumienie błota i żwiru, pojawiające się nagle na stoku jakiejś góry. Dziś nocujemy zatem na 4250m n.p.m. i przejechaliśmy chyba najwyższą przełęcz z drogą w Pamirze - 4664m n.p.m. Jutro już z górki. 

      Wcześnie rano ominęły nasz obóz dwie, wielkie ciężarówki. Wiozły jakieś konstrukcje stalowe, chyba do budowy kopalni. Na przełęcz prawdopodobnie wciągnęła je fadroma, która pojechała w tamtym kierunku, po południu. Nie spieszyliśmy się z wychodzeniem ze śpiworów. Zanim słońce wyszło zza szczytów, na zewnątrz Toyoty było ledwie 5st.C. Ale jak już przedostało się przez łańcuch gór i zaczęło prażyć, zrobiło się od razu ponad 20st.C. Sztywne jak druty, małe krzaczki ziół, nieznanej nam nazwy, powitały ten upał silnym zapachem. Poczułem się jakbym zaszedł w Poznaniu do zielarni, kupić coś na polepszenie zdrowia. Wiatr, który w nocy przywiał lekki deszcz i tarmosił Toyotą jakby to była susząca się na sznurku koszula, teraz zupełnie ucichł. Poszedłem kilkanaście kroków w górę doliny i zatrzymałem się, aby zaczerpnąć tlenu. W tej kompletnej ciszy słyszałem gwałtowne porywy szumu krwi w tętnicach szyjnych, a góry trwały tak jak za czasów pierwszych ludzi wypasających jaki w tej dolinie. 

      Wracając do głównej M41, przejechaliśmy ponownie przełęcz Bazar Dara. Zatrzymaliśmy się na chwilę, by wypić ciepłą herbatę lipową i zagryźć, zachowaną na czarną godzinę, krówką. Zaczął prószyć śnieg, pierwszy tego lata. Południowe stoki przyprószył już w nocy. Poniżej granicy wiecznego śniegu, czarna skała pokazała każdy, delikatny załomek, każdą szczelinę, jakby wyrysowany cienką, białą kredką mistrzowską ręką profesora Zina. Puściliśmy się w dół stoku, do cywilizacji. 

      Odwiedziliśmy jeszcze dziś Bash Gumba, małą, ale jak na pamirskie warunki, sporą wioskę, siedem kilometrów w bok od głównej. Mieliśmy tam poszukać antycznej świątyni chińskiej, niegdyś świadczącej o granicy wpływów kraju środka. Ale odwiedziliśmy jedynie wioskę, a na jej obrzeżach zajechaliśmy do jurty, Iwona kupiła masło, śmietanę i ser kurud z mleka jaka. Zatrzymaliśmy się na noc pod południową ścianą doliny Alichur. W tym miejscu niecka ma jakieś cztery kilometry szerokości i jej środkiem płynie mały, mętny strumień. Lekko podmokła dolina jest znakomitą wylęgarnią gzów i much, jest pełna zieleni, więc właśnie tutaj wiele rodzin pasterzy rozstawiło swoje letnie jurty i wypędziło stada jaków na wypas. Z daleka, potężne, czarne, owłosione jaki, niektóre samce z godnymi rogami, wyglądają jak maszerujące stada bizonów. Dopełniają scenerię surowego pustkowia i nadają skali szczytom po przeciwległej stronie doliny. Łańcuch gór załamuje się, w tym miejscu jest wielkie skrzyżowanie dolin, na oko jakieś 10 kilometrów średnicy. Z bocznej doliny wiatr napędza szare chmury niosące śnieg lub deszcz. Rzucają cień na zieloną podłogę. 

      Siedzę w cieniu Toyoty w Pamirze i czytam horyzont jak pismo chińskie, ustawione w słupki obok siebie, na długim pasie papieru. Od lewej, tuż za skrzyżowaniem dolin, niebieskie niebo rozcina szarozielony szczyt. Leniwy, opasły, gnuśny u dołu, wyrasta małymi pagórkami z traw. Ale na samym wierzchołku czernieje szpiczasta skała, ostra, stanowcza, zdecydowanie celuje w nieboskłon. Bardziej na prawo, naprzeciw mnie, rozwalił się długi na kilkanaście kilometrów skalisty masyw 4984m n.p.m. Podnóże podcina mu ciemna kreska asfaltu Pamir highway. Odcina zieleń doliny od szarości żwirowych osypisk. Wyrastają z nich szaro-pomarańczowe i ciemnobrązowe szpice skał. Nie dorastają wyżej niż płaski czubek masywu. Tworzą skupiska, jakby bloki twardej materii rzucone bezładnie w piargowiska. Ponad nimi czysta niebieskość nieba usiana jest białymi obłoczkami, zbyt niewinnymi na ten srogi krajobraz. Dalej na prawo, chińskie słupki opisują kolejną historię, tym razem okresowego strumienia z doliny Muzdy-Ajryk-Soj, który przez eony nanosi miałki żwir wprost w zieleń mojej doliny. Z daleka wyglądający na gładki stożek żwirowiska, przecina ostro wcięta rynna suchego strumienia. Zaczyna swój bieg niedaleko, szczelina między jednym blokiem skalnym, a drugim, jest jego domem. Tam gdzie zbiegają się białe żyły sprasowanych w skałach minerałów, jest ciemna jaskinka, do której zewsząd napływa wiosną śnieg ze żwirem i piachem, zmielonych przez czas skał. Jeszcze bardziej na prawo, pod zupełnie zachmurzonym na szaro niebem, rozłożyły swe ociężałe kształty, zielonkawe połoniny. Zupełnie łagodne, jak Bieszczady, spływają powoli do doliny i do podnóża władcy tej doliny. Wyraźnie góruje nad resztą krajobrazu, butny, chociaż daleki, z lekka ośnieżony w żlebach u szczytu, jak mężczyzna w sile wieku, szpakowaty od bieli śniegu. To Saly-Unkjur, 5089m n.p.m.. Rozbija szare chmury czubkiem głowy. Historia prawie opowiedziana, do przedostatniego słupka chińskich hieroglifów. Pozostało opisać jeszcze to co jest tutaj ulotne, czyli ruch. Tego czynnika jest tutaj najmniej. Od czasu do czasu, jak suwak, po M41 pełza biała, chińska ciężarówka. Rozcina na dwoje to co wieczne, niebo i góry, od tego co zmienne, zieleń doliny, stada jaków w ciągłym ruchu i szumu wiatru. 

      Siedzę w cieniu Toyoty w Pamirze, opatulony w kurtkę i czapkę, wystawiam przed siebie nogi w ciepłych skarpetach i crocsach. Gzy krążą z burczeniem wokół mej głowy jak elektrony, czasami zwrócę na jednego z nich uwagę, wtedy się materializuje w funkcji cząsteczkowej, kiedy moje oko go zauważy. Słońce grzeje zbyt mocno aby wystawiać się wprost na jego promienie, ale w cieniu jest zimno, a sporadyczne powiewy wiatru mrożą palce na klawiaturze. 

      Siedzę w cieniu Toyoty w Pamirze, a horyzont opowiada mi swoje historie. Same materializują się w mojej głowie, w słupki hieroglifów. Nie umiem się powstrzymać, aby ich nie rozkodować i nie zapisać. Bo są ulotne, bardziej niż moja pamięć. Odczuwam potrzebę ich uwiecznienia, aby je zapamiętać. Tak jak się zapisuje rozkład zajęć dnia w biurze, albo spis zakupów. Forma nie jest tu istotna, ale to ona tylko potrafi zapamiętać emocje. Wczoraj zauważyłem, że znikły z pamięci Androida moje zapiski z pierwszego miesiąca tej podróży. To tak jakbym je stracił bezpowrotnie, jakby mi je android ukradł z pamięci. Chyba tak wygląda starość, kiedy się zapomina, albo zniekształca, pozostaje tylko to co teraz, bez refleksji, bez zrozumienia początku i połączeń, a wreszcie na końcu tylko skorupa codziennego bytowania. Wstać, zjeść, zarobić, wysrać się, włączyć komputer, położyć się. 

      Siedzę w cieniu Toyoty w Pamirze i czuję, że to ja jestem centrum swojego wszechświata. Takie głupoty pisze się po trzech, prawie bezsennych nocach. Yerba mate chroni mnie przed astronomicznym bólem głowy na wysokości, ale spać nie mogę. Wczorajszej nocy powtórzyłem rytuał grila w łóżku. Zaczynam na wznak, po pół godzinie lewy bok, potem na brzuch i na prawy bok, a następnie apiać od nowa. Kiedy prawie zasypiam zaczynam się dusić, muszę siłą woli kierować oddechem, aby go pogłębić, bo tu za mało tlenu. Za chwilę przestaję myśleć o miarowym wdychaniu, aż po dno płuc i znowu się budzę. Z tyłu głowy kości zmieniły się w cienką, gumową błonkę i jak tylko układam ostrożnie czerep na wałku, to czuję młot Helma walący mnie w potylicę, więc znowu na lewy bok. Obracam się do znudzenia i dopiero gdzieś nad ranem cyferki na zegarku dziwnie przyspieszają, znaczy godzinkę lub dwie dziwnym trafem przespałem. Chwilę potem Iwona się budzi i pyta co mi się śniło. A co miało mi się śnić? Chyba coś w rodzaju: jakiś łobuz wciska mi głowę do amerykańskiego sedesu pełnego wody, a drugi krzyczy - jak nie powie gdzie szmal to go kilim - a ja widzę pływające gówna i żałuję że nie zapisałem się na kurs nurkowania bezechowego. Te podróże to jakieś kosmiczne nieporozumienie. 

      Po kolejnej, wietrznej, deszczowej i nieprzespanej nocy wstał jasny dzień. Przez odsłonięte okno dachowe przeświecało białe światło i przesączało się lodowate powietrze, jak suchy mróz. Przypomniały mi się te zimowe dni w Polsce, kiedy wstajemy wcześnie rano z zamiarem pójścia na długą wędrówkę. Jest niedziela, miasto jeszcze leczy sobotniego kaca, wychodzimy z domu wprost w świeży, puszysty, biały śnieg, a mróz ścina nam śluzówkę w nosach, ostre ale zimne słońce razi w oczy, a ja się zastanawiam czy stary diesel odpali. Tu, w Pamirze, jednej nocy, spadło sporo śniegu. Jeszcze wczoraj nagie, skaliste szczyty, rano zmieniły ubranie na pełną biel. Stoki do połowy były ciemnobrązowe, a wyżej białe, jak komże ministrantów w wiejskie, błotne 'po kolędzie'. 

 

tadzykistan reweda 19

W pobliżu Murghab

      Spotkaliśmy się z Ewą i Januszem, i pojechaliśmy razem po asfaltowej Pamir highway do Murghab. Za przełęczą Naizatash 4137m n.p.m. pejzaż gór nabrał charakteru i piękna. Żwirowe osypiska ustąpiły miejsca nagim skałom, aż wreszcie zmieniły się kolory. Przywykliśmy do monochromatycznej kolorystyki szarości i ciemnego brązu, a tu na scenę wkroczyły żółcie, fiolety i czerwienie. Na 20 kilometrów przed Murghabem musieliśmy ominąć potężny łańcuch szczytów Gan, które wyglądały jak smakowite, kolorowe czekoladki Lindta, rozpuszczone na słońcu. Kolory spływały razem z osypującym się żwirem z gór, otaczając stożki skał. Potem zjechaliśmy do doliny rzeki Murghab i do kolorystyki górskiej, dołączyła kolorystyka flory, zieleń, oraz błękit rzeki. Po południu, po wizycie w Murghab, pojechaliśmy do końca drogi, wzdłuż doliny Murghab. To bardzo piękna dolina, zupełnie inna od poprzednich jakie w Pamirze widzieliśmy. Tutaj grają kolory i często zmieniająca się faktura skał, oraz piargów. Po drodze rzeka zasila zatoki w których rosną drzewa i krzaki, zieleń tutaj kwitnie, ale nie widzieliśmy stad i ich pasterzy. Drogę wybudowano głównie do jakiejś kolejnej kopalni, ale są tu także trzy, małe wioski. My szukaliśmy petroglifów, ale we wskazanym przez mapę miejscu była tylko naga skała i miejsce na petroglify. Mimo to wycieczka 40 kilometrów w głąb doliny Murghab była owocna w piękne pejzaże gór. Ta dolina sprawiła nam swym urokiem wiele przyjemności, a droga nie jest taka zła, na końcu może trochę błota, po nocnych opadach. Gdyby jeszcze zrobić sobie treking jednodniowy dalej tą doliną, to można by dojść do ruin Bazar Dara, gdzie byliśmy dwa dni temu, albo nieco dalej do jeziora Sarez, utworzonego po trzęsieniu ziemi w 1911 roku i do doliny Bartang, gdzie byliśmy 11 dni temu. Pamir highway to taka pętla wokół centralnego płaskowyżu, do którego wjeżdżaliśmy w kilku miejscach i jeszcze w jednym miejscu zamierzamy zawitać.

       Natomiast miasteczko Murghab to brudna dziura, na szlaku nowoczesnych karawan 90-cio tonowych TIRów z Chin i do Kirgizji. Ma duży potencjał turystyczny w sezonie letnim, ale wykorzystuje go w nikłym zakresie. Są dwie fundacje wspierające rozwój turystyki, jest wybudowana rotunda na krawędzi miasta, mająca promować lokalne rękodzieło i możliwości trekingowe regionu wschodniego Pamiru, ale najlepiej to chyba działało w momencie zakładania i osobistego dopilnowywania przez ojców założycieli z Zachodu. Jest Tourist Information w nędznej szopie, gdzie sprzedaje się za mocno wygórowane ceny wyroby lokalnych rzemieślników podtrzymujących dawne tradycje. Są hotele ale w nędznym standardzie. A internetu próżno szukać. Kiedyś był 'dom młodzieży' z WiFi, ale się spalił i przestał działać. Jest kilka stacji paliw z benzyną za wysoką cenę i lichej jakości. Jedna stacja sprzedaje diesela z brudnej beczki. Nam poradził lokalny policjant aby pojechać za miasto, w stronę Chin, na awtostojankę dla TIRów i tam pytać. Rzeczywiście, jeden kierowca chińskiej ciężarówki odlał nam ze swojego baku 75 litrów i sprzedał za 20% drożej niż w Dushanbe. Przynajmniej przy nas odlewał i jasne było, że paliwo jest czyste. Chińskie ciężarówki mają silniki EURO4, ale tylko 300 koni i jakoś bez tlenu te 90 ton wciągają na przełęcze ponad 4000m n.p.m. 

 

tadzykistan reweda 20

Na targu w Murghab

      Jedno co się nam udało, tu na pokaźnym, brudnym i nieco śmierdzącym od śmieci i straganów z mięsem bazarze, zbudowanym ze starych kontenerów, kupić pełen zestaw warzyw i inne produkty. Miasto w większości wygląda tak samo jak wioski, na przykład Aliczur, ale jest nieco większe. Piaskowe, zakurzone, albo ubłocone, zależnie od pogody, uliczki obudowują bielone, koślawe, małe, parterowe domki z niebieskimi drzwiami i okiennicami. Każda ma obowiązkową satelitkę i czasami solar. Ponadto są koszary wojskowe i siedziby kilku firm kopalnianych lub transportowych. Postanowiliśmy zanocować w pobliżu miasteczka, bo jutro zaczyna się festiwal At Chabysh. Festiwal został wymyślony przez kobietę z Zachodu i odbywa się co roku, w drugi weekend sierpnia. Bazuje na tradycjach pamirskich Kirgizów, czyli ludzi mocno związanymi z końmi. Każdy region wymyśla własne gry i zabawy związane z końmi. Tutaj festiwal zaczął się od krótkich gonitw, w których uczestniczyły pary jeźdźców, dziewczyna i chłopak. Najpierw ustawiono na przeciw siebie kilkoro dziewczyn w tradycyjnych, mocno pstrokatych strojach, powłóczystych sukniach i paru chłopaków w bryczesach. 

      Przypomniał mi się mój ulubiony, carski konkwistador syberyjski - hrabia Nikołaj Murwiow Amurski, który miał wiele, bardzo ciekawych pomysłów, włącznie z budową kolei transsyberyjskiej, ale najciekawszy to zasiedlanie dziewiczej tajgi. Kiedy przysyłano mu kolejne transporty zesłańców politycznych i kryminalnych, a lokalne więzienia i łagry były przepełnione, kazał ustawiać naprzeciw siebie w rzędach, po sto mężczyzn i sto kobiet, w przypadkowej kolejności. Następnie dawał im gubernatorskie ułaskawienie i błogosławieństwo za jednym razem. Potem, takie podstawowe komórki społeczne wysyłał kibitkami w tajgę, by ją kolonizowali, każda, nowa rodzina w inną część zielonego piekła. 

 

tadzykistan reweda 21

Folk festiwal w Murghab

      Na festiwalu At Chabysh, po oficjalnym przeglądzie technicznym koni i zapoznaniu się uczestników, rozpoczęły się przed trybuną gonitwy. Stworzono taki korytarz na 20 metrów szeroki, obstawiony widzami, z których dużą część stanowili biali turyści. Tym korytarzem przegalopowywały pary jeźdźców. Najpierw on gonił ją, a miał za zadanie ją pocałować w pełnym pędzie, a następnie ona goniła jego i miała go stłuc szpicrutą, jeśli on nie wypełnił swego zadania. Czyli tradycyjnie, jak na naszych, wiejskich weselach, wszystko kręci się wokół jednego. 

      Na żwirowym płaskowyżu, przed miastem, zbudowano mini trybunę, parking na mnóstwo samochodów, dwa wychodki, oraz strefę kibica z małą gastronomią i kramami z chińskimi świecidełkami i paciorkami. Od rana w tym kierunku waliły tłumy odświętnie odzianej młodzieży, samochody ze starszyzną, konni jeźdźcy, dostawy prowiantu i odpustowej tandety. A jeszcze wczoraj, kiedy rozpytywaliśmy w miasteczku, niektórzy nic nie wiedzieli o żadnym festiwalu. To ważne wydarzenie dla Murghab i wszystkich okolicznych wiosek, rozsianych po długich dolinach, pośród gór. Okazja by się spotkać, odnowić znajomość, poznać nowych członków rodzin, nawiązać klanowe interesy, wymienić informacje, czy chociażby jest to jedna z niewielu możliwości, aby młodzi mogli poznać przyszłych współmałżonków. Widzieliśmy już kilka podobnych festiwali w rosyjskim Ałtaju, Mongolii, Kirgizji, rosyjskiej Tuwie, a nawet Himalajach. Wszystkie mają podobny program, różniący się jedynie lokalnym obyczajem, wymogami odmiennego klimatu, czy tradycji. Zwykle są śpiewy, zawody mające na celu dać sposobność na zbliżenie między chłopcami i dziewczętami, zapasy (Mongolia), wyścigi, parady, gry zespołowe. Te ostatnie różnią się w zależności od regionu, ale najczęściej chodzi o gromadne ganianie na koniu za truchłem kozła. Jako jeden z nielicznych przejawów kultury azjatyckich ludów koczowniczych, tego rodzaju festiwale interesują białych. Napisano wiele rozpraw naukowych o tym dlaczego Ałtajcy ganiają za kozłem wypełnionym trocinami, a Mongolczycy rozmiłowani są w dziwacznych zapasach, którym bliżej do japońskiego sumo, niż do dyscypliny olimpijskiej. Są całe elaboraty o narastającym przez wieki i ciągle modyfikowanym rytualizmie i celebrze, nazewnictwie i strojach, itp. Dzikie ludy wkładały całą swoją wiedzę o otaczającym ich świecie, przyrodzie, historii w tworzenie takich mityngów. Tam wykuwały się nowe obyczaje, rozbudowywała kultura, przekazywano informacje o tym co dalekie i bliskie. Na takie festiwale dziś przyjeżdżają białasy, a ludziom mieszkającym daleko od szlaków turystycznych, daje to możliwość poznania w bezpośredniej rozmowie, spotkaniu człowieka z innego kręgu kulturalnego, żyjącego zupełnie innymi wartościami. Niestety poznają wybiórczo, tylko wariatów przemierzających świat na rowerach, bogaczy wożących dupska w Unimogach, daczach na kółkach, poszukujących silnych emocji motocyklistów, czasami nawiedzonych miłością do dzikich postrzeleńców, lub tak jak tu w Murghab, uczestników dorocznego Mongol Rally, młodych dyziów z I-phonami w ręku, ludzi z wielkich ośrodków zachodniej cywilizacji, chcących raz w życiu przeżyć męską przygodę, w rodzaju "kac Vegas", nieco dalej od najmodniejszego pubu w Londynie, Paryżu, czy innym Berlinie. 

      Wreszcie, kiedy turysta napstryka już pełną kartę pięknych widoczków gór, to odwiedzenie takiego festiwalu jest powrotem do normalności, do świata ludzi. Z Murghab wyjechaliśmy na północ, w stronę Kirgizji. Do granicy zostało jakieś 150 kilometrów. Ale my mamy jeszcze w planach różne atrakcje. Przez pierwsze 20 kilometrów droga ma całkiem dobry asfalt i leniwie wspina się w górę. Ciągle otaczają nas kolorowe góry, które wyglądają jak czekoladowe, szpiczaste torciki, z bitą śmietaną na czubku. Niektóre polane sokiem z pomarańczy, albo jagód, inne obsiane pokruszonymi pistacjami, albo ociekające rozgniecionymi truskawkami. Zjadłbym coś słodkiego, jak na to wszystko patrzę. 

      Parę kilometrów przed przełęczą Akbaital, droga zaczyna się wspinać kilkoma serpentynami na 4655m n.p.m., czyli 300 metrów wyżej niż górna krawędź płaskowyżu. To najwyższa przełęcz Pamir highway, kultowa dla kolekcjonerów miejsc powszechnie znanych i nie wymagających tłumaczenia, dlaczego się do nich pielgrzymuje. Nie omieszkaliśmy dokleić i naszej naklejki na tablicy opisującej tą przełęcz. Ale nie byłbym sobą, gościem z kompleksami, gdybym nie poczuł się lepszym od gogusiów z Mongol Rally tylko dlatego, że zadaliśmy sobie trud pojechania do Bazar Dara, a po drodze wjechaliśmy na przełęcz o 9 metrów wyższą. 

      Trzydzieści parę kilometrów dalej, jadąc po niezwykle szarpiącej nerwy tarce, skręciliśmy w dolinę rzeki Muzkol i tak znaleźliśmy nocleg nad strumieniem, pośród płaskich, rozległych na całe kilometry, piargowisk. Ponownie otoczyła nas surowa pustka. Wiatr urywał anteny od CB radio, a słońce paliło przez kurtki, chroniące nas przed zimnem. Ze wschodu nacierały deszczowe chmury. Na południu widać było śnieżny szczyt Muzkol 6128m n.p.m., a na północy błękitne jezioro Kara Kol. Janusz przeżywał kryzys spowodowany księżycowym krajobrazem, chujowymi drogami i piątym tygodniem w drodze. A ja jak nigdy, czułem że dom mój tam gdzie moja Toyota. Szkoda, że na tej wysokości nie można tak po słowiańsku, po prostu się napić. Jak wiele spraw by to załatwiło na skróty. 

      Za cztery dni pełnia, pogoda się zaostrza. W nocy wiatr ustał, ale przyszedł mróz, nad ranem było -2st.C. Czekaliśmy, aż słońce wyjdzie zza gór i chociaż trochę ogrzeje to pustkowie. Umówiliśmy się z Ewą i Januszem, że pojedziemy sami szukać geoglifów, a oni niespiesznie wyjadą w kierunku Kirgizji i umówimy się na wspólny nocleg przez SMS. Więc już przed siódmą byliśmy na szlaku, wzdłuż strumienia Kokujbel. Północno-wschodni Pamir jest najbardziej wyludniony. Trudno tu znaleźć jurty pasterzy, a wiosek to już w ogóle nie ma. Dzisiaj, pojechaliśmy ponad 50 kilometrów szlakiem, który łączy off-roadową drogą północny Pamir, ze wschodu na zachód. Jadąc dalej tą drogą można dojechać pod jezioro Sarez i do doliny Bartang, którą zwiedzaliśmy na początku naszego pobytu w Pamirze. 

      Małe gospodarstwo hodowlane zauważyliśmy na samym początku kanionu Kokujbel, potem jeszcze mijaliśmy zniszczone i opuszczone zabudowania dwóch gospodarstw, i to wszystko. To tereny bardzo odległe od cywilizacji, pozbawione słodkiej wody, zieleni tu prawie nie ma. Zbyt często używam skojarzenia 'księżycowy krajobraz' i teraz trudno mi znaleźć porównanie oddające charakter surowej pustki jaka nas otoczyła na kilka godzin. Szeroka kotlina ograniczona pięciotysięcznikami, była tak pozbawiona życia, że nawet much nie było. Ptaki tu nie docierają, bo nie ma zieleni, stada jaków także nie mają co jeść. Na dodatek wiatr zupełnie ustał i zapadła grobowa cisza. Kiedy stałem w słońcu obok Toyoty, podziwiając to dzikie piękno, usłyszałem delikatne burczenie. Byłem przekonany, że na horyzoncie dostrzegę jakiś samochód jadący naszym śladem, ale nic nie zauważyłem. 4 kilometry dalej zatrzymaliśmy się ponownie, tym razem by obejrzeć geoglify i niedaleko drogi zauważyłem strumień szumiący na kamieniach, to był ten dźwięk, który słyszałem wcześniej. To może oddać pełnię ciszy w tym miejscu, tak odległym od hałasu jaki produkuje człowiek. Pamiętam jak na stepie w Mongolii słyszałem hurgot skrzydeł ptaków przelatujących mi nad głową... Cisza i pustka to piękno przez człowieka niedocenione. 

      Bezkresna pustka i samotność w tym krajobrazie niezbyt urodziwych szczytów i piargowisk, dotarła głęboko do mojej świadomości. Paradoksalnie poczułem się tu bezpiecznie jak w domu, przyjaźnie jak w otoczeniu które znam od lat. Może dlatego, że czuję się zwykle obco, osamotniony żyjąc pośród ludzi. Ostatnio zastanawialiśmy się z Iwoną czy moglibyśmy mieszkać 30-50 kilometrów od najbliższej wioski, w dziczy. Tutaj jest cztery godziny jazdy do najbliższej wioski, gdzie nie ma sklepu i siedem godzin jazdy do Murghab, gdzie jest najbliższy sklep. Po drodze nie ma ani jednej wioski. Wydaje mi się, że znam siebie dość dobrze, umiem przewidzieć swoje reakcje, ale nie wiem czy potrafiłbym tu, w tej pustce, zamieszkać. Za to wiem, że na pewno chciałbym spróbować. Chyba już niedługo będę miał szansę czegoś podobnego zakosztować. 

      Wracając do celu naszej, prawie siedmiogodzinnej, wycieczki. Pojechaliśmy szukać geoglifów. Są to takie ułożone z kamieni wzorki na ziemi. Najpierw kopie się rowy, dziury, następnie układa w nich odpowiednie kamienie, warstwami. W zasadzie nie wiadomo czemu to ma służyć, chociaż hipotez naukowych jest bezliku. Te geoglify które znaleźliśmy, pochodzą z okresu VI do II wiek p.n.e. Niedaleko natrafiliśmy jeszcze na rozkopane kurhany. Do kraterów po meteorytach już nie dotarliśmy. Zastanawialiśmy się w drodze powrotnej, czy wielu, oprócz nas, zadawało sobie trud jazdy tak daleko w interior, aby obejrzeć kamienie. Na pewno są tacy, co jadą tym szlakiem do doliny Bartang, a geoglify mają po drodze i być może nawet ich nie zauważają, bo ich się nie spodziewają. Zauważyłem ślady dwóch motocykli i trzech rowerzystów, sprzed góra tygodnia. Cały szlak ma jakieś prawie 300km i tylko w zachodniej połowie są jakieś wioski. To wyzwanie dla rowerzystów. Po to tu przyjeżdżają, a nie po geoglify, czy odczuwanie pustki w sercu. 

      Kiedy wróciliśmy do głównej Pamir highway, puściliśmy się w pogoń za Ewą i Januszem, w stronę Kirgizji. Po drodze ominęliśmy jezioro Kara, które jedynie z poziomu przełęczy Ujbulok 4232m n.p.m. robi pozytywne wrażenie, swoją turkusową wodą i wyspami. Wcześniej zajechaliśmy do wioski Karakul, aby wydać ostatnie somy w sklepiku. Ale to coś co lokalni nazywali sklepem, nie miało dla nas nic do zaoferowania. Wioska, już z perspektywy drogi, wyglądała na wymarłą. Nie będę opisywał jak wygląda, podpowiem jedynie pewne porównanie. Jeśli wyobrazić sobie osadę ludzką, którą zbudowali ci, którzy przetrwali wojnę atomową i budowali poskręcanymi przez chorobę popromienną rękami, z tego co pozostało po fali uderzeniowej, budowali na chwilę, aby schronić się przed palącym słońcem i opadem radioaktywnym nawiewanym przez wiatr, by tylko jako tako doczekać śmierci, to właśnie tak wygląda wioska Karakul w Tadżykistanie, a surowość Pamiru doskonale dodaje jej wiarygodności. Kiedy wjechaliśmy między lepianki, poczułem się zaskoczony, kiedy zza rogu wyszła dziewczyna w kolorowej kurtce, pchając przed sobą wózek z dzieckiem. Gdyby wypełzł wrak człowieka w podartych szmatach, pokryty wrzodami, nie byłbym zaskoczony. A jednak wioska Karakul żyje w naszym świecie, ma jednostkę wojskową na podgrodziu, szkołę, studnię i... coś w kształcie sklepu. Polecam ją uwadze hollywoodzkim poszukiwaczom planów filmowych. 

 

tadzykistan reweda 22

Z Murghab do Kirgizji

      Przejście graniczne, po tadżyckiej stronie, też nas nie zaskoczyło. Gdyby padał deszcz, tonęlibyśmy do pół łydki w błocie, a Toyota mieliła by w nim kołami. Liche baraki, obdarte budynki, bałagan i degradacja. Gdyby nie robotnicy budowlani, nie wiedzielibyśmy gdzie szukać celników. Ale odprawili nas ekspresem. Aby dojechać do budynków przejścia kirgiskiego, trzeba zjechać z przełęczy Kyzylart 4336m n.p.m. 20 kilometrów w dół, po czymś co drogą trudno nazwać. A jednak walą nią corocznie tłumy podróżników. Od paru lat podróżowanie rowerem stało się bardzo popularne. Tak jak kiedyś widywaliśmy trzech, czterech rowerzystów w trakcie całej podróży, tak teraz mijamy średnio trzech dziennie. Są szlaki bardzo popularne, które należą do rowerowego kanonu podróżniczego, trasa Pamir highway do nich się zalicza. 

Patrzę na zdjęcia... Na prawdę tam byłem. 

 

Tekst i zdjęcia: Mariusz Rewedawww.kilometr.com

 

 

 Film z wyprawy do obejrzenia na vimeo.com

video

 

 

GALERIA ZDJĘC

Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie Mariusz Reweda - opowieść o Tadzykistanie