Tekst i zdjęcia: Anna i Łukasz Mika

Jak co roku pod koniec czerwca oczekujemy końca roku szkolnego. Tym razem z nieco mniejszą niecierpliwością niż zwykle, bo w ostatnich pięciu miesiącach trochę sobie pozwoliliśmy i planowana podróż będzie już naszą piątą eskapadą w tym roku. Tym razem na celownik wzięliśmy Irlandię, a dokładniej jej południowe i zachodnie wybrzeże oraz analogiczne obszary Zjednoczonego Królestwa. W dzisiejszych czasach te dwa kraje kojarzą się raczej z pracą, emigracją, pieniędzmi, rozłąką oraz generalnie z problemami i frustracjami, a nie z wakacyjnym urokiem. Mieliśmy już okazję spotkać się z wyrazem dezaprobaty naszych znajomych kiedy rozmawialiśmy o wakacyjnych planach. No, bo tam? Na urlop? Przecież tam nie ma nic ciekawego... No cóż ..., postaramy się pokazać, że jest dokładnie odwrotnie.

 

53189 relacja z podrozy kamperem przez anglie i 1

 

28 czerwca - Calais

Za nami najtrudniejsze dni wyprawy. Wyruszyliśmy późnym popołudniem i pierwszy nocleg wypadł nam w Niemczech. Drugi dzień niestety spędziliśmy w samochodzie, ale około dziewiętnastej udało nam się dojechać do Calais i zacząć prawdziwy wypoczynek. 1500km za nami, piękna piaszczysta plaża przed nami i słoneczna pogoda zachęciły nas do relaksacyjnego spaceru. Rano prom do Dover.

 

 

29 czerwca - Londyn

Dziś niedziela, dla nas dzień odpoczynku u rodziny pod Londynem. Pogoda zapowiadała się znakomicie, ale po południu rozpadało się, więc zostaliśmy w domu. Za to następny poranek był słoneczny i ciepły, co wykorzystaliśmy na spacer i rolki nad Tamizą, a następnie pognaliśmy na zachód.

Walia, 2000km pokonane, teraz już naprawdę będzie spokojnie i powolutku. Dzień zakończyliśmy w okolicy Fishguard na klifie koło latarni. Miejsce odjazdowe na dziki nocleg zarówno dla camperów jak i namiotów, ciche, spokojne i z pięknymi widokami, gorąco polecamy. Wieczorem i rankiem następnego dnia poszliśmy na długaśny spacer ścieżką wzdłuż klifów. Było pięknie i bardzo przyjemnie. Pogoda idealna, około 20 stopni, delikatny wiaterek, szum morza, krzyk mew i beczenie owiec, to są wakacje….

 

 

30 czerwca - Walia

Walia, 2000km pokonane, teraz już naprawdę będzie spokojnie i powolutku. Dzień zakończyliśmy w okolicy Fishguard na klifie koło latarni. Miejsce odjazdowe na dziki nocleg zarówno dla camperów jak i namiotów, ciche, spokojne i z pięknymi widokami, gorąco polecamy. Wieczorem i rankiem następnego dnia poszliśmy na długaśny spacer ścieżką wzdłuż klifów. Było pięknie i bardzo przyjemnie. Pogoda idealna, około 20 stopni, delikatny wiaterek, szum morza, krzyk mew i beczenie owiec, to są wakacje….

 

 04400b4704a1

 

1 lipca - Na zielonej wyspie

Prom do Irlandii płynie 3,5 godz. Trochę długo, ale na szczęście był kącik zabaw dla dzieci, więc spędziliśmy ten czas całkiem przyjemnie. Po wylądowaniu zostaliśmy dokładnie przepytani przez celnika, trochę zbyt podejrzliwie jak na rodzinę w kamperze w okresie wakacyjnym. Rozmowa niby grzeczna, ale na tyle męcząca i chwilami żenująca, że aż nie pasowała do standardów Unii Europejskiej. Oj, coś chyba nie mają tu Polacy najlepszej reputacji. Potem jednak ruszyliśmy na południe w kierunku plaży z zamiarem pospacerowania i noclegu. Początkowo mieliśmy z tym niemały kłopot, bo wszystkie drogi w kierunku morza miały ponad kilometr przed końcem poprzeczki na wysokości 2m. Na szczęście okazało się, że powodem tej skandalicznej dla nas sytuacji był chyba pobliski camping, bo kilkanaście kilometrów dalej udało nam się znaleźć idealne miejsce do spania tuż po wydmami. Udaliśmy się na wieczorny spacer wzdłuż oceanu. Nikodem ciosał badyla na włócznię (skutek oglądania „Był sobie człowiek”), a Ola szukała muszli, co zakończyło się wspaniałym znaleziskiem.

Rano znów spacerowaliśmy plażą. Jest tak długa, że ograniczał nas jedynie ból nóg i czas oczywiście. Tym razem oprócz muszli znaleźliśmy ciekawe szkielety fok. Następnie ruszyliśmy na zachód.

 

 593b81f62f8d

 

2 lipca - Mahon Falls

W drodze na zachodnie wybrzeże Irlandii, zboczyliśmy na chwilę pod wodospad Mahon. Prowadzi do niego ścieżka spacerowa wśród kamienistych łąk, na których wypasane są stada owiec. Całość otoczona jest malowniczymi wzgórzami, a jedyny minus spaceru to konieczność lawirowania między baranimi kupami. Sam wodospad może nie jest najpiękniejszym jaki dotąd widzieliśmy, ale trasa jest bardzo przyjemna, a możliwość poskakania po głazach i powspinania się w górę wodospadu dostarczyła dzieciom wiele radości.

Dzień ponownie zakończyliśmy spacerem po plaży zasłuchani w szum (a czasami huk) atlantyckich fal.

 

3b3e8b74cb2c

 

3 lipca - Sheep's Haed

Dotarliśmy do zachodniego wybrzeża, które jest głównym celem naszej irlandzkiej przygody. Przez najbliższe dni prowadziła nas będzie na północ Wild Atlantic Way, która wije się wzdłuż półwyspów i zatoczek tej najdzikszej części wyspy. Na prawo i lewo pastwiska z owcami i krowami, a pomiędzy nimi (lub wręcz przez nie) poprowadzone są liczne ścieżki trekkingowe w kierunku okolicznych wzgórz, klifów i kamiennych kręgów. Trochę mniej przyjemności sprawiały nam dzisiejsze spacery, z powodu pochmurnej i dżdżystej pogody, ale nie możemy narzekać, bo najważniejsze, że nie musieliśmy siedzieć cały dzień w camperze. Najdłuższą przerwę między mżawkami wykorzystaliśmy na zdobycie Baraniej Głowy, z której rozciągałby się wspaniały widok gdyby nie mgła snująca się nad zatokami Dunmanus i Bantry.

 

 

 4 lipca - Ring of Beara

 Wjechaliśmy na Ring of Beara, jedną z popularniejszych tras widokowych w Irlandii, to co zwraca szczególną uwagę to niesamowicie wąska droga, do tego cały czas otoczona płotami i murkami. Tylko mały ruch ratuje sprawę, bo mijanka z samochodem z przeciwka na długich odcinkach jest kompletnie niemożliwa. Dzisiejszy dzień przypominał nam wczorajszy, zarówno pod względem widoków, jak i pogody. Na szczęście po południu wyszło słońce i dla odmiany pospacerowaliśmy po kamienistej plaży. Przynieśliśmy z niej kolejne muszle i próbowaliśmy powędkować, ale bez zadowalających efektów. Na noc zatrzymaliśmy się przy samej plaży, w fantastycznym miejscu. Wszystko wskazuje na to, że pogoda się poprawiła i jutro czeka nas słońce – mamy nadzieję, że na dłużej.

 

 

5 lipca - Ring of Kerry

O poranku powitało nas słońce. Wjechaliśmy na kolejny półwysep zachodniego wybrzeża. Z przeciwka mijali nas rowerzyści, z początku pojedynczo lub podwójnie, potem grupkami, aż w końcu wjechaliśmy w prawdziwy gąszcz rowerów na i tak wąskiej drodze. Okazało się, że tego dnia odbywała się jakaś impreza rowerowa i Ring of Kerry przemierzało 12 000 cyklistów. Bardzo ciężko było się koło nich przeciskać, a o podziwianiu pięknych widoków w trakcie jazdy nawet nie było co marzyć, bo chwila dekoncentracji mogła skończyć się tragicznie. Postanowiliśmy więc zrobić sobie przerwę w podróży. Akurat wjechaliśmy do uroczego miasteczka i wybraliśmy się na spacer wzdłuż oceanu. Po drodze napotkaliśmy niewielkie stado fok, baraszkujących w wodzie, a kiedy wróciliśmy do campera, ulica była już pusta. Na obiad zatrzymaliśmy się przy kolejnej plaży, gdzie kilkoro kąpiących się dzieci, zachęciło nasze do założenia pianek. Na noc zatrzymaliśmy się na cudnym, klifowym wybrzeżu, zupełnie pomijanym w przewodnikach, czego kompletnie nie rozumiemy. Nie ma tam ścieżek widokowych, ani turystów, tylko kilkoro tubylców z psami i ze dwóch wędkarzy, a miejsce jest zachwycające. Nam w każdym razie spało się bardzo dobrze, a wieczorny spacer zaowocował kilkoma naprawdę pięknymi zdjęciami.

 

 

6 lipca - Cliffs of Moher

Niedaleko naszych noclegowych klifów, znaleźliśmy wyjątkowo katolickie miasteczko Kilkee, co bardzo nam odpowiadało, zważywszy na niedzielny poranek. Po mszy podeszła do nas jakaś chórzystka, pochwaliła campera i zapytała jak nam się podobał ich śpiew. Pochwaliliśmy, że super, choć chyba nie bardzo im wychodziło, albo my się nie znamy. Potem udaliśmy się na Moherowe Klify, zastanawiając się czym będą się różniły od tych wczorajszych, skoro takie sławne. Ale na miejscu okazało się, że różni je jedynie kasa biletowa i cała masa turystów. No może są ciut wyższe. Nie zmienia to oczywiście faktu, że krajobrazy były przepiękne. Gniazduje tam mnóstwo maskonurów, niestety nie można ich oglądać z bliska, tak jak mieliśmy okazję na Islandii. Nie ma się co dziwić, w takiej ciżbie tylko barany i krowy są w stanie spokojnie gryźć trawę, a piękne maskonury chowają się w szczelinach dużo poniżej ścieżek. Pod wieczór dojechaliśmy do The Burren, czyli dziwnej, skalnej pustyni i zostaliśmy już na noc.

 

  

 

7 lipca - porzegnanie z Irlandią

Kończy się nasza irlandzka przygoda. Dzisiaj wróciliśmy na plażę, na której spędziliśmy pierwszą noc na tej wyspie. Jutro rano mamy prom do Walii. Myślałem, że dojedziemy wyżej na północ, ale czas tak jakoś rozpłynął się nam między trekkingiem po wzgórzach, klifach i plażach, wędkowaniem, zbieraniem muszli i podziwianiem widoków, że droga jakoś powoli znikała pod maską. Trochę czasu zepsuły nam też dwa deszczowe dni, choć starliśmy się również je choć częściowo wykorzystać. Gdyby pokusić się o małe podsumowanie, to niby znaleźliśmy wszystko czego się spodziewaliśmy, bo były i zielone wzgórza przeglądające się w zatokach, i klify z mnóstwem ptaków i wodną kipielą u podstawy, i baraszkujące w falach foki, ale jakoś nie znaleźliśmy tego wyjątkowego klimatu i charakteru (jak w Szkocji czy Norwegii), który kojarzyłby się nam tylko z Irlandią. To co cały czas nas zadziwia i denerwuje zarazem, to pogoda - nawet jak dzień jest słoneczny i ciepły, to i tak na niebie są pojedyncze chmurki, to normalne, ale tutaj z każdej takiej chmury przez 5 minut leje deszcz, a potem znów jest słońce i tak w kółko. Acha, no i jeszcze wiatr – raz go nie ma, jest upał na T-shirt, a za chwilę wieje zimnem, że polar i kurtka to za mało i tak w kółko. Cały czas się ubieramy i rozbieramy.

Zaskakuje nas też kilka spraw organizacyjnych. Na przykład wszędzie wiszą tabliczki no dumping – i słusznie, ale koszy na śmieci w miejscach publicznych brak . Albo jak są, to takie z dziurką na papierek po cukierku. Chyba jeszcze nigdy nie mieliśmy takich problemów z pozbywaniem się odpadków. Czasami worek pełny śmieci jeździł w bagażniku nawet dwa dni czekając ja swoją szansę. No i organizacje komunikacyjne… Po pierwsze wąskie drogi, to jeszcze nie problem, przy małym ruchu zawsze można się zsunąć. Ale po jakiego czorta ktoś tutaj naustawiał tych kamiennych murków i nasadził gęstych krzaków (właściwie żywopłotów) równiutko z granicą asfaltu? Tym sposobem jadąc do przodu wyjątkowo często trzeba używać biegu wstecznego. Druga sprawa to ograniczenia prędkości – właściwie wszędzie poza miasteczkami ograniczenia to 100km/h i to nieważne, że droga nie ma poboczy, dochodzą do niej inne podporządkowane, stoją przy nich domy itd. No chyba, że akurat droga ma 3m szerokości i przechodzi ludziom przez podwórka to jest ograniczenie do 80km/h. Trzeba jednak przyznać, że ludzie jeżdżą rozsądnie i nikt nie próbuje się nawet do owych limitów zbliżyć, nie mówiąc już o ich przekraczaniu. Może to jest sposób? Kulminacją absurdu w tym względzie był ring of Kerry, gdzie na jednym słupku były trzy znaki: uwaga rowerzyści, kręta droga i 100km/h!!! No i kolejna sprawa to wspominane już poprzeczki na 2m… Pewnie takie rozwiązanie ma sens na parkingach w dużych zatłoczonych miastach (i to z założeniem, że gdzieś w pobliżu jest parking dla wyższych aut), ale jak widzi się małe portowe miasteczko, w którym jest duży pusty plac parkingowy z pięcioma osobówkami na krzyż i ową poprzeczką, a na ulicy kampery, auta z przyczepami i furgonetki wiszą na krawężnikach i blokują skutecznie ruch na i tak wąskich drogach to aż trudno uwierzyć, że żaden z lokalnych myślicieli nie ruszy głową i nie zmieni tej absurdalnej sytuacji. Nie chcę już nawet wspominać o poprzeczkach na dojazdach do plaż i to oczywiście nie do plaż kurortów wypoczynkowych, tylko do dzikich plaż w kompletnym odludziu. Hello! Jak ktoś podróżuje kamperem, to też ma czasem ochotę na spacer po plaży. Jeśli chodzi o biwakowanie to sprawę załatwia przecież tabliczka NO CAMPING. Na szczęście nie było to nagminne zjawisko i generalnie nie mieliśmy żadnych problemów ze znalezieniem super miejsc ma dziki nocleg, z których ze trzy zasługują na reklamę i polecenie innym kamperowiczom.

Koordynaty GPS na podstawie Google maps (specjalnie dla BoRa, ale innym też polecam):

Na wydmach : 52°11'30.5"N 6°29'28.3"W (52.191800, -6.491200)
Na klifach: 52°40'30.4"N 9°40'56.6"W (52.675100, -9.682400)
Na skalnej pystyni : 53°03'54.7"N 9°21'41.4"W (53.065200, -9.361500)

 

 

8 lipca - Dale

Przepłynęliśmy szczęśliwie Kanał Św. Jerzego i dobiliśmy do brzegu Walii w samym środku dnia. Skierowaliśmy się do Dale, gdzie spodziewaliśmy się znaleźć kilka bardzo nas interesujących atrakcji, namierzonych wcześniej w ulotkach informacyjnych. Po pierwsze sea fishing - dwugodzinny rejs na morze z możliwością łowienia makreli i innych stworów (szczyt marzeń dla Nikodema) lub morskie safari. Niestety na miejscu okazało się, że nie ma żadnego biura, które zajmowałyby się chętnymi na połów, dostępny jest natomiast numer telefonu, pod który należy dzwonić. Niestety włączała się automatyczna sekretarka, więc musieliśmy zrezygnować. Co do safari, po dokładnym przeczytaniu oferty stwierdziliśmy, że gwarantują pooglądanie ptaków, a delfiny i foki mogą się zdarzyć. Zważywszy na wygórowaną cenę, ptaki to dla nas trochę mało, tym bardziej, że one przecież siedzą na brzegu, a nie w wodzie. Resztę dnia spędziliśmy więc tradycyjnie, czyli spacerując po klifach, a późnym popołudniem znaleźliśmy sobie przytulne miejsce do spania przy plaży i w pełni skorzystaliśmy z jej uroków.

 

09ebf1385df0

 

9 lipca - Hartland Point

Najbliższe pięć dni zapowiada się ciepło i słonecznie. Postanowiliśmy więc dość szybko, niemal jednym skokiem, przemieścić się do Kornwalii by potem wyraźnie zwolnić i rozkoszować się podobno najpiękniejszymi w UK plażami. Zamierzaliśmy dojechać w okolicę Parku Narodowego Exmoor. Po krótkim, porannym spacerze na naszej plaży ruszyliśmy na południe. Oczywiście musieliśmy objechać Kanał Bristolski, więc zrobił się z tego kawał drogi. Popołudniem dotarliśmy w zamierzone miejsce (Watchet) na wybrzeżu i mocno się rozczarowaliśmy. Morze było w paskudnie brązowo- burym kolorze jak Wisła w czasie powodzi. Wygląda na to, że to rzeka Severn od ujścia w Bristolu aż tak daleko niesie swoje błotne wody. Stało się jasne, że to nie koniec jazdy na dzisiaj i dołożyliśmy kolejne 100km na południe. Najbardziej zaskakujące, że Watchet mimo owego do niczego nie podobnego morza i plaży wyglądało na miejscowość typowo letniskową z wieloma campingami, osiedlem mobile-home’ów, promenadą nadmorską i innymi atrakcjami. Kto tu jeździ?

Dzień zakończyliśmy tradycyjnie spacerem po klifach w okolicy latarni w Hatrland Point. Zaskakujące, że latarnia była zbudowana nie na wysokim brzegu tylko poniżej nad wodą. Ale tym razem woda miała zdecydowanie naturalny, morski kolor.

 

 

11 lipca - wielkie plażowanie

Od dwóch dni ustabilizował nam się harmonogram zajęć. Rano spacer po klifie, potem plaża-ocean-plaża, potem przejeżdżamy kilkanaście kilometrów na południe, ponownie plaża-ocean-plaża i dzień kończymy spacerem po klifach. Kornwalia naprawdę może się podobać, zwłaszcza w takiej pogodzie na jaką trafiliśmy. Klifowe wybrzeże raz po raz zagina się, otaczając piękne zatoczki z szerokimi piaszczystymi plażami, gdzie na atlantyckich falach próbują swoich sił mniej lub bardziej wprawni surferzy. Oczywiście przytłaczającą większość stanowią ci pierwsi, ale widać, że tutaj obowiązuje taki model korzystania z oceanu – bez pianki ciężko wejść, bo woda ma 14 stopni, pływać się nie da bo fala za duża, no to faktycznie zabawa z deską wydaje się rozsądną alternatywą. Co do plaż to szerokie są tylko rano i wieczorem, bo wczesnym popołudniem przychodzi przypływ i woda dochodzi do samego klifu, albo zostaje tylko 20m piasku (ten suchy pasek pod klifem na niektórych zdjęciach). Podczas spacerów po klifach obserwujemy przeróżne ptactwo i rzesze królików, no i dzisiaj odkryliśmy coś zaskakującego. Na naszych oczach kilka królików rzuciło się z klifu, a przynajmniej tak to wyglądało. Postanowiliśmy zgłębić tajemnicę tego zbiorowego szaleństwa i okazało się, że to nie choroba szalonych królików, tylko zwykła ucieczka do swoich nor. Tyle, że te nory były wykopane od strony oceanu pół metra poniżej krawędzi klifu. Jak mewy normalnie…

 

 

13 lipca - Land's End

Dotarliśmy do zachodniego krańca Wielkiej Brytanii, zwanego Land’s End. Początkowo mieliśmy zamiar stanąć na parkingu nieomal na końcu cypla, tak jak pozostali turyści, ale ponieważ pogoda była paskudna (nie tylko pochmurno i dżdżyście, ale też otaczała nas gęsta mgła) wybraliśmy się na poszukiwanie jakiegoś zacisznego miejsca na obiad, w nadziei na poprawę pogody. I tak trafiliśmy na parking z przemiłą Brytyjką, która zapewniła nas, że słońce pojawi się dopiero jutro, ale nie warto stawać na parkingu przy samym końcowym cyplu, tylko nieco dalej na północ, w porcie, w pobliżu plaży. Prowadzi stamtąd ścieżka spacerowa wzdłuż klifu aż na Land’s End, a sam parking kosztuje połowę mniej. Tymczasem pomimo mgły wybraliśmy się na spacer i choć niewiele było widać to i tak było przyjemnie, szczególnie, że w zatoce udało nam się wypatrzeć czteroosobową rodzinę fok.

Następnego dnia rzeczywiście przywitało nas słońce, więc wybraliśmy się na czubek Wielkiej Brytanii. Po drodze mieliśmy okazję podziwiać fantastyczne widoki, spacer nie był zbyt długi, ale zaowocował wieloma zdjęciami. Na miejscu krajobraz był równie piękny jak wcześniej, dodatkowo pojawiły się restauracje, sklepy z pamiątkami i całkiem fajny plac zabaw. Nieco z boku czeka na turystów jeszcze jedna atrakcja w postaci farmy. Niezbyt nam się wydała ciekawa, kilka kur, owiec, dwa kucyki i dwie lamy… Obładowani pamiątkami wróciliśmy do naszego portu i po obiedzie udaliśmy się na plażę, gdzie spędziliśmy resztę dnia. Fale były wyjątkowo wysokie, ku radości dzieci, więc mieli niezłą frajdę.

Parking w porcie oprócz atrakcyjnej ceny i świetnej lokalizacji między ścieżką do Land’s End z jednej strony i plażą z drugiej ma jeszcze jedną zaletę. Nie ma tabliczki „no overnight parking”, jak większość parkingów w UK, przeciwnie, ma wyraźną informację (wręcz zachętę), że taryfa za cały dzień postoju (3,5£) jest ważna do 9 rano następnego dnia. Ochoczo skorzystaliśmy z tego zaproszenia i my i jeszcze dwa inne kampery.

 

90ef04cebc44

 

14 lipca - Whitesand Bay

Wizyta na Land’s End była ostatnim akcentem naszego pobytu w Kornwalii, bardzo rekreacyjnego, plażowego i generalnie udanego pobytu. Gdyby brać pod uwagę tylko ilość słońca i morskich kąpieli można by przypuszczać, że ostatnie dni wakacji spędziliśmy gdzieś na południu Europy. Od dzisiaj obraliśmy kurs na wschód, a to oznacza, że zaczynamy wracać. Pierwszym przystankiem jest Whitesand Bay, ale nazwa brzmi lepiej niż rzeczywistość. Początkowy odcinek plaży faktycznie ma inną barwę piasku, ale raczej szarą, niż białą – a spodziewaliśmy się śnieżnobiałego piachu ze startych muszli i błękitnej wody…, krótko mówiąc – Karaibów. Reszta zatoki ma zwykły piasek, udekorowany licznymi skałkami. Pogoda dzisiaj nie rozpieszczała i słońce bardzo nieporadnie przedzierało się przez chmury, ale dzieci i tak wykorzystały te słoneczne chwile na kąpiel w oceanie.

 

 

15 lipca - Chesil Beach

Dzisiaj obudził nas kolejny ciepły i słoneczny dzień, więc szybko po śniadaniu zrobiliśmy kolejne zaplanowane 150km w stronę domu, a następnie ponownie oddaliśmy się plażowym urokom. Przystanek wypadł nam w okolicy Chesil Beach – niesamowite miejsce. Długa na 29km i wysoka na 15m mierzeja, zbudowana z malutkich okrągłych kamyczków, oddziela ocean od Fleet Lagoon. Ciekawostką jest to, że mierzeja przesuwa się w stronę lądu o 5cm na rok, a więc od czasu powstania (podobno ok.6000 lat temu) powinna przejść 300m. Wygląda na to, że Fleet Lagoon była kiedyś o wiele większa.

Woda w Atlantyku była tu wyjątkowo ciepła (chyba, że to my się już przyzwyczailiśmy), więc Nikodema, który stał się pasjonatem wielkich fal, ciężko było wyłowić na ląd.

 

 

17 lipca - Seven Sisters

Na koniec podróży czas na przepiękne białe klify. Dziś podziwialiśmy Seven Sisters, które przy wyjątkowo słonecznej pogodzie prezentowały się wspaniale. Początkowo wędrowaliśmy baranim pastwiskiem, skąd rozciągał się widok na wijącą się rzekę i ciekawy teren wokół niej. Później trasa biegła wzdłuż rzeki, aż do ścieżki górą klifów. Widoki zachwycające! Trudno było przestać fotografować, dlatego z tej wyprawy zostało nam tak dużo zdjęć, że aż trudno zdecydować się, które wybrać. Spacer tym razem był bardziej wymagający, ze względu na sporej wielkości wgłębienia między siostrzanymi skałami oraz wyjątkowo ciepłą pogodę. Na szczęście nasze dzielne dzieci dały radę. W dobrym tonie jest pozostawienie po sobie pamiątki na klifie, w postaci napisu ułożonego z malutkich, kredowych kamyków. Ola wykorzystała ten zwyczaj i pozostawiła po sobie imię i kwiatuszek. Po powrocie do kampera udaliśmy się w kierunku Londynu - chcieliśmy jeszcze raz odwiedzić rodzinę. Niestety utknęliśmy w gigantycznym korku przed mostem w Dartford, gdzie staliśmy ponad półtorej godziny. Byliśmy przekonani, że zdarzył się jakiś straszny wypadek, który zatarasował pół autostrady. Kiedy dotarliśmy do miejsca zdarzenia okazało się, że ciężarówka wioząca 2m deski, stuknęła w filar i trochę tych desek wypadło. I Anglicy ku naszemu zdumieniu i oburzeniu, nosili w rękach po jednej desce na wózek widłowy, który dopiero ładował je na tira. Zablokowane w ten sposób były trzy z czterech pasów autostrady w godzinach szczytu!!! To chyba ta słynna angielska flegma...

 

 

18 lipca - Dover

Przed opuszczeniem przepięknej brytyjskiej ziemi, postanowiliśmy pospacerować jeszcze po białych klifach w Dover. Byliśmy tam już trzy lata temu, ale Ola nie pamiętała, więc szkoda by było sobie to odpuścić. Klify przepięknie się prezentują ze swymi białymi skałami, podmywane przez błękitne fale. W porównaniu z Seven Sisters trudniej tutaj dostrzec ich piękno, bo ścieżka spacerowa jest tak poprowadzona, że widać jedynie zielone łąki i kawałek kredowej skały, a najpiękniejsze widoki są od strony wody. Można oczywiście podejść do krawędzi, wychylić się i strzelić foty, ale dla dzieci to nie wskazane. Niemniej spacer był bardzo przyjemny, choć nieco męczący z powodu upału, który dotarł nawet tutaj. Wieczorem wsiedliśmy na prom do Calais i z pewnym smutkiem rozpoczęliśmy powrót do domu.

 

mapa

 

 

GALERIA ZDJĘĆ 

Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał Hiluxem przez kanał